piątek, 13 listopada 2015

No to podkład...

Hej, jest tutaj jeszcze ktoś? Wiem, ze bardzo dawno mnie nie było. Chyba powinnam przestać się tłumaczyć, ale ciężko mi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Możecie mi wierzyć lub nie, ale prawie całe dnie spędzam na uczelni, bo mój plan nie jest zbyt przyjemny dla studentów. Ciężko mi się zabrać za pisanie, bo ciągle na coś brakuje mi czasu. Ale koniec mojego marudzenia postaram się jakoś wrócić do pisania, ale jeszcze nie wiem, jak to wszystko sobie zaplanować.
Wracając do tematu wpisu dzisiaj chciałabym napisać Wam o pewnym produkcie, który był moją wielką nadzieją na to, że w końcu będę mogła mieć podkład idealnie dopasowany do koloru mojej cery. Ale czy ten produkt spełnił moje oczekiwania?

Czy produkt spełnił moje oczekiwania odnośnie do rozjaśniania podkładu, tak owszem radzi sobie w tej kwestii, mam jednak mu coś do zarzucenia. Moja skóra ostatnio wariuje, to co się z nią dzieje przechodzi ludzkie pojęcie, cały czas mam wysyp pryszczy, dużo przebarwień no i wiadomo, że chcę to czymś zakryć. Na szczęście mam już coś, co pomaga mi to wszystko zakryć, ale niestety nie jest to odpowiednio jasny produkt, dlatego muszę go mieszać z bohaterem wpisu. Sam podkład MUR pewnie nie spełniłby tych oczekiwań, bo jest bardzo płynny i krycia nie ma żadnego, bo nie widać było zbytniego rozjaśnienia na twarzy, kiedy nałożyłam go solo. Chciałam tylko to sprawdzić, żeby móc się wypowiedzieć na ten temat w recenzji, spokojnie nie chodziłam z białą twarzą :). Jak się domyślacie po zmieszaniu z klasycznym podkładem zmienia jego kolor, ale moim zdaniem też właściwości. Ja mieszam go najczęściej z PR, który jest dość gęsty i ma bardzo dobre krycie. Natomiast w połączeniu z białym podkładem jego krycie się zmniejsza. Dodatkowo produkt nie jest jakoś strasznie wydajny, bo ma małą pigmentację. Na plus przemawia jego cena, ale zastanawiam się nad szukaniem innego białego podkładu. Jeśli nie znajdę nic ciekawszego, to pewnie do niego wrócę, ale jeśli macie jakiś dobry biały podkład, to chętnie poczytam Wasze rekomendacje. Do następnego :)

poniedziałek, 7 września 2015

Czyżby jesienna chandra?

Hej, nie będę się tłumaczyć, że długo mnie nie było, bo u mnie to nie żadna nowość. Niestety mam też niewielkie problemy ze zdrowiem, więc jakoś nie bardzo chciało mi się ostatnio pisać.
Nie wiem jak znosiłyście fale upałów, ale dla mnie to było coś okropnego, nie jestem osobą zbytnio ciepłolubną, ale zawsze kochałam wiosnę. Lato było fajne, no bo przecież są wakacje, teraz może ze względu na to, że jestem starsza, a może dlatego, że początek jesieni to dla mnie też wakacje, nie cieszy mnie już tak lato. Znowu będą upały, znowu nie będzie czym oddychać, dlatego przez wszystkie upalnie dni oczekiwałam z utęsknieniem na jesień. Wiem, że jeszcze nie mamy kalendarzowej jesieni, ale dla mnie ona się już zaczęła.
Jako, że jestem dzieckiem jesieni, a dokładniej października, to końcówka września i październik są moimi ulubionymi miesiącami. Taka prawdziwa, złota, polska jesień to cudowna pora dla osób, które kochają ciepłe barwy. Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż żółto-pomarańczowe liście spadające z drzew. Bardzo lubię też, że w dzień jest jeszcze ciepło, za to wieczory są chłodne i można założyć ulubioną jesienną kurtkę.
Pogoda za oknem niestety nas nie rozpieszcza, choć lubię kiedy pada, to ta szarość za oknem jest straszna. Cóż chyba mentalnie jestem 100 % Polką, marudzenie to moja specjalność. Chociaż i to można w sobie zwalczyć, zawsze jak zaczynam marudzić to słyszę od mojej koleżanki, że nie powinnam tego robić i ma rację, ale cóż ja na to poradzę. Skoki temperatury są strasznie męczące i do tego łatwo można się przeziębić, czego też nie uniknęłam.
Cóż wrzesień to błogi czas dla wszystkich studentów, muszę się przyznać, że również bardzo go polubiłam. Wychodząc na miasto widzę, że jest jakoś spokojniej, ciszej, oczywiście w takich małych miasteczkach to norma, ale zauważyłam to również w moim ukochanym Toruniu. Wszystko się diametralnie zmieniło, kiedy tylko zaczęły się wakacje.
W takie ponure dni warto wrócić to miłych wspomnień, ja w tym roku mam co wspominać :). Nie pytajcie mnie, co mi się stało, że napisałam taki post, nie mam pojęcia, po prostu miałam ochotę napisać coś innego niż zawsze. A jak u Was z pogodą, wpływa na Was czy to nieistotne? Do zobaczenia wkrótce :)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Małe zakupy

Hej, dziś chciałabym Wam pokazać, co ostatnio zamówiłam sobie, postanowiłam się przełamać, jeśli chodzi o kupowanie przez Internet, ale w ogóle to staram się kupować jak najmniej rzeczy. Moja szuflada z kosmetykami jest zdecydowanie zbyt pojemna :).
Przypomniało mi się, że kiedyś słyszałam o białym podkładzie. Jako, że mam dość tego, że wszystkie podkłady nie pasują mi kolorystycznie to postanowiłam, że w końcu pora się zaopatrzyć. Dodatkowo chciałam w końcu przetestować coś z Makeup Revolution. Odcień 1, to czysta biel, używam tego produktu już od jakiegoś tygodnia. Cena ok. 20 zł.
Postanowiłam, że chcę przetestować jakiś róż w płynie, nigdy takich nie używałam. Ten akurat był na promocji, więc się skusiłam. Niestety ten jest na tyle jasny, że go u mnie nie widać. Nie wiem czy może ja go źle stosuję, ale na mojej prawie białej cerze powinno być go widać, a tu nic. Może któraś z Was ma jakieś rady?
Popularny utwardzacz również wpadł w moje łapki. Zapłaciłam ok. 20 zł. Póki co nie będę się o nim wypowiadać. 
Pusto zrobiło się w moich zapasach jeśli chodzi o pudry. Normalnie pewnie kupiłabym Essence, ale jakże ostatnio nie bywam w Toruniu, a u siebie w mieście nie mam Natury ani Hebe, to postanowiłam, że przy okazji zamówię puder. Kosztował ok. 10 zł.
No i pomadka. Mam ich zdecydowanie zbyt dużo, a na tą się jeszcze skusiłam, ale mam usprawiedliwienie, bo kosztowała tylko 4-5 zł, żal było nie wziąć. Powiedzmy sobie szczerze, która z nas powiedziałaby, "a nie borę"? Jeśli macie tak silną wolę, to podziwiam :).
To już całe moje zamówienie. Teraz testuję, ale i tak mam trochę zaległości w recenzjach, pora wziąć się do roboty. Do następnego :)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Współpraca z marką Optima PLUS

Hej, witam Was w nowym poście. Znowu była u mnie mała przerwa na blogu, ale dopadło mnie przeziębienie, nie cierpię chorować latem, ale nikt pewnie tego nie lubi. Dziś chcę Wam pokazać co dostałam do testowania od marki Optima PLUS, która produkuje naturalne olejki eteryczne. 
Od marki:
Naturalne olejki eteryczne Optima PLUS to skoncentrowane esencje ekstraktów roślinnych, posiadające właściwości terapeutyczne. Są pozyskiwane w wyniku destylacji z roślin olekodajnych (drzew, kwiatów i ziół).
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to piękna oprawa graficzna opakowań, chyba nigdy o tym nie wspominałam, ale uwielbiam koronkę :). Dla mnie dodaje to dużo uroku produktom, no i zdecydowanie sprawia, że przyjemniej się je stosuje, ale oczywiście działanie jest najważniejsze. 
Do testów dostałam 7 naturalnych olejków eterycznych, każdy z nich ma konkretne przeznaczenie. W moje łapki trafiły naturalne olejki o zapachu:
  • eukaliptusowym, który ma pomagać przy grypie, kaszlu, bronchicie oraz stanach zapalnych skóry;
  • anyżowym - katar, kaszel grypa, bronchit, zaburzenia trawienne,
  • pomarańczowym - bezsenność, napięcie nerwowe, bóle i skurcze mięśni, 
  • sosnowym - kaszel, grypa, zapalenie zatok, astma, menopauza,
  • lawendowym - napięcie nerwowe, menopauza, migreny, bóle, odstraszająco na mole,
  • goździkowym - zaburzenia trawienia, nerwobóle, bóle reumatyczne, przemęczenie, odstraszająco na owady,
  • miętowym - stany zapalne skóry, nudności, migreny, bóle.

W każdym opakowaniu znajdziemy karteczkę z dokładnym opisem, na jakie problemy mogą pomóc konkretne olejki. Jeśli chodzi o mój kontakt z olejkami eterycznymi używałam tylko herbaciany, ale nie cierpię tego zapachu. Jednak muszę przyznać, że doceniam jego działanie, bo świetnie radzi sobie z niwelowaniem świądu, który powstaje po ukąszeni przez komary. Jednak w wypadku kupowania olejków należy pamiętać, żeby kupować je w zaufanych sklepach, bądź aptekach. Nie używamy do nakładania na ciało olejków zapachowych! Olejki eteryczne mogą pomagać, ale trzeba pamiętać o wybieraniu tych naturalnych. 
Do testów dostałam również dwa oleje: ze słodkich migdałów i arganowy. Nie używałam wcześniej żadnego z tych olejów w czystej postaci, ale nałożyłam je już na twarz na noc. Po pierwszym użyciu arganowego byłam zdziwiona, że moja skóra jest tak dobrze nawilżona. Oczywiście używam ich na przemian z moimi innymi olejami do twarzy, więc nie zbyt dużo mogę na ich temat powiedzieć.
Olejki eteryczne, jaki i olej arganowy posiadają kroplomierze, co ułatwia ich używanie. Niestety olej ze słodkich migdałów już go nie posiada, co trochę utrudnia dozowanie, ale to nie jest jakiś wielki problem. Zapewne związane jest to z tym, że jest to większa pojemność i wiele osób wykorzystuje oleje do tworzenia swoich własnych kosmetyków, stąd pewnie brak kroplomierza. 
Produkty zamknięte są z ciemnych buteleczkach, to przypomina nam, że nie mogą być one wystawione na działanie światła, albo stoją w kartonikach, albo zamknięte w szafce. 
Naturalne olejki eteryczne stosować możemy do kąpieli, masażu, aromatyzacji pomieszczeń bądź inhalacji. 
Oczywiście zabieram się za testowanie olejków, no i za jakiś czas będę Wam pisała co o nich myślę. Jeśli któraś z Was jest zainteresowana to zapraszam na oficjalną stronę internetową Optima PLUS
Wpis powstał w ramach współpracy z marką Optima PLUS, dziękuję za przysłanie mi produktów do testów :).
Do następnego :*

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Pielęgnacyjne cudo?

Hej, zapraszam Was na kolejną recenzję, bo nie ukrywam, że trochę produktów mi się nazbierało, a przecież na blogu miały pojawiać się głównie recenzje :). Dziś produkt do pielęgnacji, o którym dość głośno od jakiegoś czasu, ogólnie o całej marce. Kiedyś któraś z Was pisała mi własnie o Evree, na promocji w Rossmanie w końcu postanowiłam się na nie skusić. Czy są warte takiego rozgłosu?






Opakowanie produktu bardzo mi się podoba, ciekawy pomysł z tą dziurą we wieczku, która sprawia, że buteleczka nie fruwa po całym opakowaniu. Producent bardzo przyłożył się, żeby wszystko dokładnie opisać, a także załączył instrukcję wykonywaniu masażu twarzy. Cena olejku normalnie to ok. 30 zł, co nie jest zbyt mało, ale produkt jest bardzo wydajny. Kolejnym wielkim atutem jest zapach, bardzo relaksujący i w połączeniu z masażem twarzy daje świetny efekt. Nie wyobrażam sobie stosowania olejków pod makijaż, więc używam go tylko na noc, ale też nie codziennie, na zmianę z kremem, albo innym olejkiem. Produkt świetnie nawilża i koi cerę, szczególnie po peelingu. Ja używam zazwyczaj 6 kropli i aplikuję na całej twarzy i dekolcie, również pod oczy. Rano skóra jest nawilżona i taka świeża, nie potrafię tego inaczej opisać, ale tak właśnie jest. Produkt dla mnie świetny i na pewno sięgnę po niego ponownie, jeśli się skończy, a nie przewiduję tego zbyt szybko. A jakie Wy macie doświadczenia z tą marką? Może polecacie coś innego od nich? Chętnie poczytam Wasze opinie no i do zobaczenia w następnym :)

sobota, 15 sierpnia 2015

Lepszy niż Catrice?

Hej, tak jak wczoraj obiecywałam dziś mam dla Was recenzję. Produkt już pokazywałam w mojej wyjazdowej kosmetyczce, ale zdecydowanie zasługuje on na osobny wpis, ale dlaczego, to dowiecie się później.


Chciałabym porównać ten produkt trochę do Catrice, bo używałam obu i wiem, że ten z Catrice jest dłużej na rynku i wiele z Was miało okazję już go używać. Dla mnie produkt Rimmel'a ma jedną, przeważającą zaletę - kolor. Jest on dużo jaśniejszy, przez co mogę go używać również pod oczy, bo moje cienie pod oczami są niestety bardzo wyraźne i krycia potrzebuję solidnego. Dodatkowo korektor Lasting Finish ma lżejszą konsystencję, nie jest tak tępy i ciężki jak Catrice, jednak powiedzmy sobie szczerze, że ten do najlżejszych też nie należy. Krycie dla mnie bardzo dobre, radzi sobie z przebarwieniami, niedoskonałościami i cieniami pod oczami. Niestety pod oczy jest trochę zbyt ciężki i mimo porządnego przypudrowania zbiera się w zmarszczkach mimicznych. Ja jednak zawsze używam na niego mój korektor rozświetlający z Kobo, co sprawia, że oba produkty wyglądają bardzo przyjemnie. Produkt to najtańszych nie należy, ale wydaje się być bardzo wydajny, a ja go sobie nie żałuję. Podsumowując ja jestem z niego zadowolona i uważam, że jest do dużo lepszy produkt niż kamuflaż marki Catrice. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji go używać polecam przyjrzeć się temu produktowi bliżej. Dodam jeszcze, że jest łatwiej dostępny. To tyle co mam do powiedzenia na temat korektora. 

Chciałam Wam jeszcze pokazać moje eksperymenty makijażowe, bo ostatnio często rezygnuję z klasycznej czarnej kreski na rzecz takiego makijażu. To tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że widzimy się w kolejnym wpisie no i do następnego :)

piątek, 14 sierpnia 2015

Zaczynam walkę o piękne rzęsy z Bodetko Lash

Hej, dziś chciałabym Wam trochę ponarzekać na moje rzęsy i podzielić się nadzieją co do nowego produktu. Jest to już dość znany produkt, wspominała już o nim Maxineczka. Bardzo mnie on zaciekawił, bo moje rzęsy do najdłuższych nie należą. Chciałabym Was poinformować, że zaczynam testowanie i że możecie oczekiwać na recenzję serum do rzęs :).




Jeśli chcesz powiększyć, kliknij na zdjęcie :)
W tym momencie mogę napisać jedynie tyle, że bardzo mi się podoba opakowanie produktu, bo o działaniu poinformuję Was za 4 miesiące, chociaż pewnie będę dzielić się wrażeniami w innych wpisach. Ja już nie mogę się doczekać efektów :)
Serum dostałam w ramach współpracy z marką Bodetko Lash, za co bardzo dziękuję :). Jeśli nie słyszałyście jeszcze o tym produkcie, to zapraszam na oficjalną stronę internetową Bodetko Lash
Do zobaczenia w następnym wpisie :)

wtorek, 11 sierpnia 2015

Nie taki Avon straszny jak mi się wydawało

Hej, witam Was w nowym wpisie. Tym razem chciałam Wam zrecenzować produkt, który od pewnego czasu jest już w mojej łazience, ale chciałam być pewna co do tego produktu. Jak wiecie, albo i nie wiecie, nigdy nie byłam fanką Avonu. Zawsze wydawało mi się to kupowaniem kota w worku i dostęp do tych kosmetyków dla mnie też nie był łatwy. Jednak kiedy koleżanka zapytała czy nie chcę przejrzeć katalogu stwierdziłam, że w sumie czemu nie, przecież kupować nic nie muszę. Jednak zdecydowałam się, że coś zamówię i wśród tych produktów znalazła się maseczka, która jest bohaterką dzisiejszego wpisu :)


Maseczka zamknięta jest w szarej tubie, która nie przeszkadza w używaniu produktu, powiedziałabym nawet, że opakowanie jest całkiem praktyczne. Kolor maseczki jest taki, jaki widzicie nie zdjęciu. Zapach jest raczej męski, ale jako, że nie utrzymuje się na skórze, to mi nie przeszkadza. Maseczka jest dość gęsta, przez co bardzo wygodnie się ją rozprowadza i nie spływa z twarzy. Jest to en typ maseczki, który zasycha na twarzy i jeśli nie chcemy uzyskać efektu ściągniętej cery należy ją czymś spryskać. Ja używam zwykłą wodę, ale termalna czy jakiś tonik na pewno też się dobrze sprawdzą. Co do efektu oczyszczania skóry, to maseczka pomaga w gojeniu zmian, które już są na twarzy. W moim wypadku, kolejnego dnia widać duże efekty, ale nie powiem, że pryszcze znikają w sposób cudowny, bo to nie prawda. Skóra po użyciu tego produktu jest gładka i miła w dotyku, mam też wrażenie, że pomaga ona w zmniejszeniu błyszczenia się mojej skóry, ale może to tylko siła autosugestii :) Co do ceny to niestety jej nie pamiętam, ale myślę, że coś ok. 15 zł maksymalnie. Moim zdaniem produkt godny uwagi, więc jeśli katalog wpadnie kiedyś w Wasze ręce, to zastanówcie się nad jego zakupem. Dzisiaj to już wszystko i mam nadzieję, że widzimy się w kolejnym wpisie :)

niedziela, 9 sierpnia 2015

Kosmetyczka wyjazdowa

Hej, znowu na blogu była pustka, ale zmieniam to. Pora wziąć się do pracy nad blogiem i zmotywować się do działania. Wakacje mnie za bardzo rozleniwiły, w ciągu roku akademickiego miałam tyle zajęć i jakoś byłam w stanie wszystko poukładać, a teraz kompletnie mi to nie idzie. Dziś pokażę Wam co zabrałam ze sobą na wakacje, ale mówię od razu, że niestety nie powinnyście brać ze mnie przykładu, a czemu to zaraz się dowiecie. 
Postanowiłam, że pokażę Wam tylko pielęgnacje twarzy, bo reszta produktów to były próbki, które wyrzuciłam i nie wiozłam ich do domu. Zabrałam jeszcze żel do mycia twarzy z Pharmaceris z tej samej serii, ale niestety zapomniała dodać go do zdjęć :) A ta mała próbka to peeling Ziaja liście manuka.
Oczywiście na wyjazd musiałam zabrać kolorówkę, więc pokazuję Wam co znalazła się w mojej kosmetyczce z kolorówką. Mój ulubiony, drogeryjny puder Essence, rewelacja. Niestety ma minus, który dla mnie jest plusem, bo bieli twarz, więc uprzedzam :) Kusił mnie też korektor z Rimmel i postanowiłam, że kupię go na wyjazd. Na pewno napiszę o nim coś jeszcze :)
Jako puder do torebki wybrałam również Rimmel, bo ma lusterko no i do torebki powędrował również korektor z Miss Sporty. Pod oczy oczywiście Kobo, chociaż użyłam go może z 3 razy, bo w zupełności wystarczał mi Rimmel, dlatego, że wolałam spędzić czas na spaniu niż nakładaniu makijażu :)
Moja dwójka wspaniałych, czyli bronzer i rozświetlacz. Niesety użyta może z 2 razy. Różu używałam raczej codziennie, więc dobrze, że go ze sobą zabrałam.
Co do cieni, to miałam problem z wyborem, bo nie mogłam zabrać mojego ukochanego 353 z Inglota, bo posiadam go tylko w wersji do paletki, a jej znowu nie chciałam ze sobą brać. Dlatego skusiłam się na zakup tej z Catrice, niestety jasne cienie są bardzo słabo napigmentowane, ale te ciemniejsze są całkiem ok, ale nie o tym wpis. Zabrałam jeszcze dwa okrągłe cienie z Miss Sporty, kobaltowy do kresek (użyty raz) no i różowo cielisty na całą powiekę. Po środku rozświetlający z My Secret 102.
Jak widzicie nie poszalałam jeśli chodzi o produkty do ust, bo zabrałam tylko 3 kolorowe i obowiązkowo Carmex. Niestety przez cały wyjazd używałam tylko kredki z Catrice w kolorze 030 Don't think just pink.
Odżywka do rzęs Eveline była obowiązkowa. Tusz średnio się sprawdził bo był nowy i bardzo długo wysychał. Teraz dogadujemy się lepiej, ale wtedy bardzo go nie lubiłam.
Baza pod cienie również konieczna, Duraline z Inglota, użyty 2 razy i eyeliner użyty raz.
Podkłady w sumie też były przeze mnie rzadko używane, bo nie miałam na to czasu. Sprawę załatwiałam korektorem i skóra wyglądała całkiem przyjemnie.
To już cała wyjazdowa kosmetyczka. Nie jestem z siebie zadowolona, bo zabrałam wiele rzeczy, których nie używałam. Jednak zawsze wyznaję zasadę, że może się przydać, a potem się nie przydaje. A jak u Was z pakowaniem kosmetyków, też zabieracie ich bardzo dużo czy raczej minimalistycznie? Do następnego :)

środa, 29 lipca 2015

Moje wyjazdowe wspomnienia

Hej kochani, dawno mnie tutaj nie było, ale po powrocie do domu musiałam trochę odpocząć i spędzić czas z rodziną i przyjaciółmi. Wróciłam w sobotę, ale dla mnie wakacje wyjazdowe zawsze są trochę męczące i muszę po nich odpocząć. Mój wyjazd był rewelacyjny. Nie był to wyjazd prywatny, ale z grupą, powiedzmy, że coś w rodzaju kolonii, bo nie chcę wnikać w szczegóły. Miałam z tego powodu okazję, żeby poznać nowe osoby i lepiej poznać osoby, które już znałam z uczelni. Spodziewałam się, że może być fajnie, ale że aż tak, to chyba nie. Zdecydowanie pozytywne zaskoczenie. Jestem pewna, że gdyby nie moja "ekipa" nie miałabym aż tylu cudownych wspomnień, za co im wszystkim bardzo dziękuję :). Dość prywaty przejdźmy do oglądania zdjęć. 

Muszę przyznać, że zakochałam się we Wiedniu, to miasto ma tyle uroku. Budynki są przepiękne, chociaż, jak to zwykle bywa, są też części miasta nie uczęszczane przez turystów no i nie wszystkie są takie piękne. Ja jednak z pewnością zapamiętam tą cudowną część Wiednia.
Schinkengeige (czyli skrzypce z szynki), nazwa niewymyślona przeze mnie, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy, a autorka na pewno się nie obrazi :) Znalezione w jednym z austriackich supermarketów.
Wnętrze Opery Wiedeńskiej. Miejsce robi wrażenie. Myślę, że każdy widział tę lożę chociaż w telewizji :)
Wiedeń - miasto Mozarta i właśnie dokładnie to widać, że mieszkańcy o nim nie zapomnieli.
Schloss Schönbrunn, miejsce, w którym mieszkała cesarzowa Sisi. Niestety nie posiadam zdjęć ze środka, pewnie dlatego, że było to zabronione :)

Fontanna na żywo robiła ogromne wrażenie, chyba zdjęcie nie uchwyciło jej uroku.


 Hundertwasserhaus
No i ostatnie zdjęcie z Wiednia, które mam Wam do pokazania, to panorama wiedeńska.
Teraz przenosimy się na chwilę do Poznania, a dokładniej do Starego Browaru. Ciekawe połączenie galerii handlowej ze sztuką. Nie byłam w tym miejscu pierwszy raz, ale i tak odkrywanie tego miejsca na nowo było bardzo ciekawe :)
Na chwilę przenosimy się do mojego ukochanego miasta. Teraz możecie zgadywać jakiego :). Niestety w tym mieście nie zrobiłam praktycznie w ogóle zdjęć, które mogłabym Wam pokazać, bo na większości z nich nie jestem sama.

A teraz widok na jezioro, nad którym znajdował się mój hotel. Pomost to jedno z miejsc, na którym najlepiej spędzało się wieczory. Przyjemny klimat do rozmów, przerywanych przez najprzyjemniejszy dźwięk na świecie "bzzz". Poranki, które rozpoczynały się od drapania, słowem cudowne miejsce :).
No i to tyle z moich wspomnień z wyjazdu. Mam nadzieję, że moja krótka relacja się Wam spodobała. Rozwiązanie zagadki to oczywiście Toruń :). W następnym wpisie pokażę Wam moją wyjazdową kosmetyczkę. Do zobaczenia :)